Hate to love you - Tijan | Recenzja

Tytuł: „Hate to love you”
Autor: Tijan
Przekład: Agnieszka Patrycja Wyszogrodzka-Gaik
Wydawnictwo: Kobiece
Ilość stron: 401
|Moja opinia: 7/10


Z Tijan miałam styczność już dobrych kilka razy – przy okazji „Antybrat”, „Pozwól mi zostać”, czy serii „Fallen Crest”. Faktem jest, że każda z tych książek jest zupełnie inna, jedne porusza mniej inne bardziej ważne tematy, dlatego nie do końca wiedziałam, czego mogę się spodziewać po „Hate to love you”, aczkolwiek nieco się bałam, żeby mnie nie zawiodło tak jak „Fallen Crest”. Niemniej jednak chciałam dać tej książce szansę – jak na tym wyszłam?

Nikt nie powinien się wpędzać w poczucie winy za to, że się przed kimś otworzył.”

Dla Kennedy college jest czymś w rodzaju nowego początku. Po niezbyt udanych latach w liceum, a w szczególności po ostatniej klasie, dziewczyna chce zacząć od nowa, w dodatku bez powiązywania jej z jej starszymi braćmi. Ale jako, że los nic sobie nie robi z naszych planów, tak też na drodze Kennedy bardzo szybko staje ON. Shay Coleman. Kapitan i główny rozgrywający uczelnianej drużyny futbolowej.

Szczerze przyznam, że Tijan bardzo mnie zaskoczyła kreacją głównej bohaterki. Zwykle są one nieśmiałymi, cichymi myszkami, natomiast Kennedy... Kennedy to bardzo charakterna dziewczyna, która zdecydowanie nie daje sobie w kaszę dmuchać. Mówi to co myśli i nie zawsze przejmuje się tym, czy może czasem nie zrani kogoś swoimi słowami, przez co momentami wychodzi z niej mała zołza. Ale pod tą maską dystansu i ciętego języka kryje się dziewczyna, która boi się zranienia.

Z kolei postać Shay'a niczym szczególnym się nie wyróżnia, w jego przypadku autorka już nie poszła w oryginalność. Przystojny, popularny w uczelnianych kręgach sportowiec, rozchwytywany przez dziewczyny, a co za tym idzie – mógłby mieć każdą. Do czasu, aż spotyka wyjątkowo upartą, która nie leci na jego urok.

Kiedy zaczęłam to czytać, przez kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt pierwszych stron miałam nieco mieszane uczucia, brakowało mi w tej pozycji czegoś więcej. Później zaczęło to ulegać zmianie i z czasem coraz bardziej wciągała mnie ta historia, jednak do samego końca ciągnęło się za mną pewne uczucie, że mogło to być jeszcze lepsze, lepiej rozwinięte, poprowadzone itd. Jeśli miałabym porównać „Hate to love you” do którejś z już wydanych u nas książek Tijan, wskazałabym „Anti-stepbrother. Antybrat”, aczkolwiek pod względem ważnych wątków pasuje również do „Pozwól mi zostać”, którego oczywiście nie przebiło!

Jeśli chodzi o same wyżej wspomniane ważne wątki to faktycznie, Tijan porusza tutaj kilka takich. Pozwólcie jednak, że nie zdradzę jakie to są, żeby nie zepsuć Wam frajdy z poznania tego. Powiem krótko – są to tematy, które już nie raz i nie dwa się pojawiły, ale moim zdaniem to bardzo dobrze, że występują tak często, ponieważ zwyczajnie warto o tym mówić. Warto, a nawet mogłabym powiedzieć, że należy o tym mówić.


Kiedy widzę, jak cierpisz, mam ochotę zetrzeć twoje cierpienie. Kiedy w siebie wątpisz, chciałbym wygłosić najlepszą mowę motywacyjną w historii. Gdy płaczesz, pragnę, żebyś się uśmiechała. A kiedy się śmiejesz, chciałbym, abyś śmiała się jeszcze bardziej.”

Sama akcja tej książki rozgrywa się dość spokojnie, ale nie nudno. A przynajmniej na początku było mi trudno się wkręcić, ale kiedy już to się stało, to po prostu chciałam czytać, a akcja nabrała dużo szybszego tempa. Tijan tak poprowadziła fabułę, że prawie cały czas coś się działo i to było dobre! Ogromny szacun za to, że zaniechała pomysł wykorzystania tak często występującej dramy z dupy wziętej, jak ja to określam.W dodatku przyznam, że końcówka „Hate to love you” bez dwóch zdań zwaliła mnie z nóg! Poważnie, w życiu bym tego nie przewidziała.

„Hate to love you” mimo tego, iż porusza kilka ważnych tematów, to nadal pozostaje lekką historią z college'm w tle. Fajnie, że pojawił się tutaj ten uczelniany klimat, bo to dodało całości pewnego smaczku. I chociaż spodobała mi się ta książka, to jednak nie umiem pozbyć się wrażenia, że liczyłam na coś ciut, ciut lepszego, ale możliwe, że po fenomenalnym „Pozwól mi zostać” zbyt wysoko uniosłam poprzeczkę. A więc tak, jeśli szukacie czegoś lekkiego, czegoś takiego w sam raz na odpoczynek po cięższej lekturze – to śmiało mogę polecić. Jednak jeśli macie ochotę na coś bardziej ambitnego, bardziej „wow”, to nie jestem pewna, czy byłby to dobry wybór.


Za możliwość przeczytania bardzo dziękuję:
Do następnego!





12 komentarzy:

  1. Myślą, że książka fajnie sprawdzi się na wakacjach. 😊

    OdpowiedzUsuń
  2. Lektura jeszcze przede mną :)
    http://whothatgirl.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Chyba wypadałoby w końcu zapoznać się z twórczością Tijan.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To polecam zacząć od "Pozwól mi zostać" :)

      Usuń
  4. Chyba muszę przestać czytać recenzje bo za dużo książek się zbiera ehhe a później trudno wybierać ehhe :D

    MÓJ BLOG

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeszcze nie czytałam książek tej autorki, ale chciałabym coś przeczytać. :D

    Jools and her books

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie najbardziej polecam "Pozwól mi zostać" :)

      Usuń
  6. Muszę w końcu zacząć czytać tę autorkę :)
    pozdrawiam, Pola
    www.czytamytu.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Hej! Zostaw proszę po sobie jakiś ślad ♥ Każdy jeden komentarz to dla mnie wielka motywacja! A jeśli spodobał Ci się mój blog to zaobserwuj, by być na bieżąco z postami ;)
Nie zapomnij zostawić adresu do swojego bloga - z chęcią zajrzę.

Copyright © 2014 Zabookowany świat Pauli , Blogger